POPhumanistyka | in the back row to the late night double feature picture show

Początki polskiego horroru: „Wieczory badeńskie” J.M. Ossolińskiego

wieczoryRękopis znaleziony w Saragossie Potockiego to niewątpliwie najlepsze spośród dzieł, które uznać można za pierwsze polskie nowożytne utwory fantastyczne. Jednak wbrew pozorom nie było ono pierwsze, o ile bowiem o Rękopisie musimy pamiętać ze względu na jego poziom artystyczny, o tyle  Wieczorom badeńskim Józefa Maksymiliana Ossolińskiego należy się uwaga ze względu na ich pierwszeństwo.

 

Wieczory badeńskie – dzieło zapomniane

Losy Wieczorów badeńskich, czyli opowieści o strachach i upiorach w istocie są bardzo podobne do losów Rękopisu znalezionego w Saragossie. Powstawały przez wiele lat na przełomie XVIII i XIX w., ale mimo różnych prób nie ukazały się drukiem za życia autora. Po jego śmierci w 1826 r. musiały jeszcze przeczekać niemal 30 lat, aby w 1852 r. wydrukowano je w całości po raz pierwszy. Dwie nowele z tego zbioru – Wieczory badeńskie to bowiem zbiór krótkich opowiadań spiętych narracyjną klamrą – włączył przed wojną do antologii polskiej fantastyki Ja gorę Julian Tuwim, a na kolejne, i ja na razie jedyne, kompletne wydanie czytelnicy musieli czekać do 1970 r.

O ile jednak Jana Potockiego pamiętamy głównie jako autora Rękopisu znalezionego w Saragossie, o tyle J. M. Ossolińskiego nikt nie pamięta jako autora czegokolwiek, a już zwłaszcza Wieczorów badeńskich. Jest on dla nas przede wszystkim założycielem Ossolineum, historykiem literatury, ale nie pisarzem. Tymczasem zwłaszcza ci, którzy chcą poznać początki polskiej fantastyki, powinni sięgnąć po tę lekturę chociażby po to, aby zobaczyć, jak hartował się rodzimy horror.

 

Racjonalne duchy, upiory i cuda pana hrabiego

Wieczory badeńskie to zbiór krótkich opowieści, jakie narrator snuje podczas spotkań polskiej arystokracji przebywającej u wód w Baden. Lekkie opowiadania o duchach, diabłach i innych cudach utrzymane są w ironicznym, prześmiewczym tonie i wyraźnie mają na celu (jak z grubsza rzecz biorąc połowa literatury europejskiego oświecenia) wyśmianie obiegowych przesądów i zabobonów.  Wśród moich ulubionych jest krótki tekst Dwaj misjonarze o świętym zakonniku, który tak przecudnie przemawiał, że skutecznie cały kraj odwodził ode złego:

Na Wieniawie nie chrzczono win, w Łukowie nikt fałszywie nie przysięgał, w Łęcznej targowanemu koniowi nie trzeba było patrzeć w zęby; w całym kraju próżnował urząd Podwojewodzych, na granicach wszyscy celnicy poświęcili się na Mateuszów.

Wśród rozlicznych cudów, jakich dokonywał ten mąż boży, było też szczególnie dużo sukcesów w nawracaniu na katolicyzm. Na właściwą ścieżkę przywrócił m.in. protestanckiego upiora, straszącego w pewnym zamku na Śląsku, czy „pół kopy prawowiernego Abrahama niewiernych synów”, a więc Żydów, przekonał: „że Mesjasz, na którego cknęło im się czekać, już się dawno z nimi minął”.

Cała ta opowieść, ironicznie i parodystycznie stylizowana na żywot świętego, okazuje się jednak zbeletryzowanym i przystępnym traktatem na temat wymagań rzetelnego poznania naukowego, gdyż opowieści o wszystkich cudownościach mnicha zostają podsumowane w ten sposób:

Mieli [świadkowie jego cudów] oczy, a nie widzieli; uszy, a nie słyszeli; ręce, a nie macali… i nie wierzyli. Insi przecież, którzy ani oczów, ani uszów, ani rąk, ani nosów nie mieli – przynajmniej nie mieli na tamtym miejscu, jak gdyby widzieli, słyszeli, dotknęli, powonili… uwierzyli i wierzą. Niechże wierzą.

Krótkie to opowiadanie miało na celu przede wszystkim zabawne wydrwienie zabobonnej wiary w cuda i ukazanie, jak ona się w ogóle rodzi. (Opowiadanie to powinno stać się lekturą obowiązkową w polskich szkołach, choćby po to, żeby zrównoważyć wieszczów, niewierzących w mędrca szkiełko i oko).  O ile jeszcze w oczach ówczesnych takie podejście do diabłów i upiorów było do przyjęcia, o tyle do wiary już nie – wydanie Wieczorów badeńskich w 1831 r. zatrzymał carski cenzor, tłumacząc swoją decyzję lekkim potraktowaniem kwestii religijnych, a zatem niczym innym jak obrazą uczuć religijnych.

Podobną konstrukcję mają również pozostałe opowiadania – zazwyczaj pojawiające się w nich motywy fantastyczne uzyskują racjonalne, zdroworozsądkowe wytłumaczenie. Diabeł, którego chłopi znaleźli w zbożu, okazuje się zbiegłą z cyrku małpą, a opowieść szypra o spotkaniu z czarcią świtą została od początku do końca zmyślona w celu ukrycia kradzieży pieniędzy za sprzedane zboże. Wieczory badeńskie wykorzystują głównie fantastykę wywodzącą się z opowieści ludowych i religijnych, te bowiem wierzenia były najsilniejsze w ówczesnej Polsce. Pamiętać musimy w tym miejscu, że oświecenie w naszym kraju dotyczyło tak naprawdę tylko Warszawy, reszta kraju nadal czytała księdza Bakę albo hasła poświęcone smokom i jednorożcom w Nowych Atenach Chmielowskiego.

 

Z kogo się śmiejecie?

Ale czytanie Wieczorów badeńskich wyłączniejako jeszcze jednego przejawu oświeceniowego dydaktyzmu byłoby jednak nieporozumieniem. Jest to bowiem również ciekawy przejaw ówczesnych eksperymentów z samą formą powieści, gatunku, który przecież dopiero co się narodził (pierwsza polska, Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki Ignacego Krasickiego, wydana została w 1775 r.). Tak jak Rękopis znaleziony w Saragossie, tak i Wieczory badeńskie nieustannie grają z czytelnikiem, kpiąc sobie z jego przyzwyczajeń i osądów. Narracja jest nieustannie rozbijana przez komentarze narratora, czasem też prowadzona równolegle w przypisach, a po szeregu opowiadań, w których fantastyczne motywy znajdują realistyczne wyjaśnienie, nagle pojawiają się również takie, gdzie diabły i demony okazują się jak najbardziej rzeczywiste. Co i rusz Ossoliński stylizuje swoją opowieść na jakiś popularny gatunek lub znanego autora (bohaterem jednej z nowel  jest tytułowy bohater szalenie popularnej wówczas powieści Pan Podstoli Krasickiego). Wszystko to jest przejawem literackiej gry podobnej do tej, jaką zabawiał się Potocki w Rękopisie…, Sterne w Podróży sentymentalnej przez Francję i Włochy (która zaczyna się wpół zdania, a urywa, gdy bohater przekracza francusko-włoską granicę).  Narrator Wieczorów… również żartuje sobie nieustannie z samego siebie, ze swoich bohaterów i słuchaczy, z innych autorów i wreszcie – z czytelników.

Wygląda to tak, jakby autor chciał uczynić swoje dzieło ciekawym również dla odbiorców lepiej wykształconych, których miały zainteresować właśnie owe eksperymenty, bo przecież nie dość proste fabuły o dydaktycznym wydźwięku. Zatem zarówno w przypadku Rękopisu znalezionego w Saragossie, jak i Wieczorów badeńskich początki polskiej fantastyki wiążą się silnie z oświeceniowymi eksperymentami literackimi. Oprócz tego, że oba teksty są swego rodzaju wykładem na temat pewnego – racjonalnego i stroniącego od naiwnej wiary w zabobon – sposobu myślenia,  są również, a może przede wszystkim, dziełami mającymi uwodzić swoją formą.

Write a Comment

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przeczytaj poprzedni wpis:
Miasto jako element zagadki. Wrocław w „Złotym Kole” S. Wohla

W formie e-booka ukazała się ostatnio publikacja "Wrocław i film" pod redakcją Sylwii Kucharskiej i Karola Jachymka, stanowiąca owoc  konferencji...

Zamknij
 

Essentials