POPhumanistyka | in the back row to the late night double feature picture show

Najsmutniejsza opowieść o tragedii Tytusa Andronikusa

Strona tytułowa wydania z pierwszego wydania

Obecność na afiszach wrocławskiego Teatru Polskiego sztuki Szekspira Titus Andronicus w reżyserii Jana Klaty przypomniała mi o tej z moich ulubionych tragedii angielskiego dramatopisarza. Ulubionej, choć szekspirolodzy zgodnie uznają ją za słabą, nieudaną, a nawet sugerują, że sam Szekspir nie jest jej autorem. Tymczasem jej tekst może nam powiedzieć więcej o Szekspirze i jego epoce niż większość kompendiów, a współczesne adaptacje Tytusa Andronikusa należą do najciekawszych spośród wszystkich adaptacji dramatów tego angielskiego dramaturga.  

Co też wzbudza taką niechęć badaczy wobec tego wczesnego (w istocie jednego z pierwszych) dramatu Anglika? Otóż napisana na przełomie lat 80. i 90. XVI wieku sztuka ukazuje wprost i w pełnej krasie popoblicze zarówno Szekspira, jak i samego teatru elżbietańskiego. Akcja Tytusa Andronikusa jest bowiem prostym przykładem fabuły, która poza zawikłaną intrygą i festiwalem krwawych okropności nie proponuje swoim widzom (ani tym bardziej współczesnym badaczom) niczego więcej.

Napisany przez młodego, może dwudziestopięcioletniego, niezbyt wówczas znanego i niezbyt zamożnego Szekspira Tytus Andronikus musiał wyjść naprzeciw oczekiwaniom publiki. W angielskim teatrze przełomu wieków szalenie popularny był motyw zemsty, w tamtejszym literaturoznawstwie istnieje nawet osobny termin na tego typu teksty: revenge play, czyli dramat zemsty. Wokół wątku niekontrolowanej spirali nienawiści i motywu krwawej wendetty osnuto również fabułę Tytusa Andronikusa, która w ten sposób mogła stać się w istocie ekscytującym i fascynującym festiwalem okropności, pełnym morderstw (w tym syno- i córkobójstwa), okaleczeń, gwałtów, a nawet kanibalizmu. Trup ściele się gęsto, a w ostatecznym rozrachunku giną właściwie wszyscy główni bohaterowie, z czego aż czterech w końcowej scenie.

Ilustracja do Tytusa Andronikusa

Sztuka ta znakomicie ilustruje fakt, o którym dziś często zapominamy: ani dramaty Szekspira, ani teatr elżbietański w ogóle nie były skierowane do widza wykształconego, pochodzącego z wyższych sfer i oczekującego wysublimowanej przyjemności. Wręcz przeciwnie, ówczesny teatr rywalizował o widownię z takimi formami rozrywki, jak walki psów albo zapasy. Jak nietrudno się domyślić, nie była to widownia ani wykształcona, ani wysublimowana. I kolejne lata niewiele tu zmieniły. Możemy dziś widzieć w Hamlecie (z resztą najsłynniejszym przedstawicielu revenge play) trafny obraz nędzy i marności ludzkiej egzystencji, ale nie da się ukryć, że równocześnie znajdziemy w nim sceny wyraźnie napisane z myślą o widzu masowym.

Dlatego ekranizacja Tytusa Andronikusa w reżyserii Julie Taymor jest jedną z najlepszych adaptacji Szekspira w historii. Reżyserka bardzo trafnie uchwyciła ów popkulturowy, rozrywkowy wymiar sztuki, rozumiejąc jednocześnie, że dziś forma atrakcyjna dla widza XVI-wiecznego nie zadowoli już odbiorcy masowego. Dlatego zdecydowała się na wprowadzenie do klasycznego tekstu elementów estetyki ze współczesnej kultury popularnej. Scena śmieci Saturninusa wykorzystująca slow motion pokazuje to najlepiej.

 

Zwróćmy też uwagę na świat przedstawiony, który jest czymś w rodzaju dieselpunkowej wariacji na temat starożytnego Rzymu (najlepiej widać to w tym fragmencie, niestety nie da się go umieścić na stronie, stąd link do YouTube’a), wykorzystującej zresztą jako dekoracje budowle wybudowane w Wiecznym Mieście przez Mussoliniego na przełomie lat 30. i 40. XX wieku jako zalążek dzielnicy Eur. Tamtejsza architektura, którą oglądać można do dziś, stanowi właśnie próbę połączenia modernistycznych wizji z antyczną tradycją Imperium Rzymskiego, mającego przecież legitymizować imperialne zapędy Duce.

Palazzo della Civilta Italiana w dzielnicy Eur

A zatem plenery, kostiumy, rekwizyty (Goci na motorach i z shoutgunami, generałowie z mauserami i przy mieczach, mikrofon otoczony napisem „SPQR News”) odwołują się do współczesnej popkultury, tworząc wrażenie egzotyczności i dostarczając przyjemności samą fantastycznością futurystycznego świata. Tak oto stylistyka dieselpunkowa pełni tę samą rolę, jaką w elżbietańskiej Anglii pełnił kostium rzymski. Tytus Andronikus niewiele ma przecież wspólnego z historią, realia antycznego Rzymu mają stanowić wyłącznie atrakcjon. Dziś masowy widz oglądał już starożytność na ekranach kinowych wielokrotnie, wielokrotnie też o nim czytał. Dlatego trzeba było znaleźć dla niego równie ciekawy odpowiednik. Identyczną zasadą kierował się zapewne w swojej słynnej adaptacji Romea i Julii Buz Luhrmann.

Michaśka, narrator Drwala Michała Witkowskiego, stwierdza w pewnym momencie, że Trzy Wiedźmy z Makbeta w istocie wygłaszają w pewnym momencie pierwszy w historii kampowy manifest. Wygląda na to, że Szekspir nie tylko w tym wymiarze antycypował współczesną kulturę. Jeśli bowiem słowa wiedźm są kampowym manifestem, to Tytus Andronikus jest manifestem popkultury. Nie wiem, co z tym zrobi Klata, ale skoro twierdzi, że „Może musieliśmy zetknąć się z twórczością Quentina Tarantino, żeby zrozumieć »Titusa Andronicusa«”, napawają optymizmem.

Write a Comment

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przeczytaj poprzedni wpis:
Toxic Avenger, czyli kampowy superbohater

Właśnie ukazał się specjalny numer czasopisma „Maska”, gdzie zebrano teksty będące pokłosiem konferencji naukowej „Superbohater – mitologia współczesności?”, która odbyła...

Zamknij
 

Essentials