POPhumanistyka | in the back row to the late night double feature picture show

W naukowym getcie

A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!
Stanisław Wyspiański, Wesele

Krążąc pomiędzy stoiskami na zeszłorocznych Wrocławskich Promocjach Dobrych Książek, można było trafić również w miejsce, gdzie tuż obok siebie swoje książki sprzedawały Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Oficyna Wydawnicza ATUT. Przypadek zapewne sprawił, że odwiedzający targi mieli okazję przejrzeć ich ofertę – w obu przypadkach zawierającą przede wszystkim pozycje o charakterze naukowym – niemal równocześnie. Porównanie to mogło z kolei doprowadzić do ciekawych wniosków na temat tego, jak w Polsce wydaje się tego typu publikacje.

Krótka odpowiedź na to pytanie brzmi: drogo. Praca Dariusza Dybka Anioł w piśmiennictwie polskim XVII i XVIII wieku, wydana przez WUWr, kosztuje 36 złotych, a Czworoksiąg Klaudiusza Ptomolomeusza w tłumaczeniu Grzegorza Muszyńskiego – 32 złotych. Atut pozycje z filmoznawczej serii Niemcy – Media – Kultura sprzedaje za 42 złotych, a opracowane przez specjalistów kurioza literatury dawnej, które wychodzą w ramach Bibliotheki Curiosa, średnio za 28 złotych.

Wydawać by się mogło, że pod względem ceny pozycje te nie wyróżniają się na tle reszty oferty rynku księgarskiego. Tyle że należy jeszcze uwzględnić w takim porównaniu tryb, w jakim powyższe tytuły są wydawane. Każda z tych publikacji otrzymał bowiem dofinansowanie ze środków różnych instytucji, najczęściej publicznych. W każdym przypadku albo wynagrodzenia dla autorów nie przewidziano wcale, albo też przewidziano je niezwykle niskie. Jednak jak się okazuje, te czynniki nie wpłynęły znacząco na cenę jednego egzemplarza, nie wpłynęły też na jakość wydania, która często pozostawia wiele do życzenia.

Ani WUWr, ani Atut nie są tutaj wyjątkami, wydawnictw, zarówno państwowych, jak i prywatnych, funkcjonujących na podobnej zasadzie jest w Polsce więcej. Wydawać by się mogło, że trafiły one na żyłę złota, skoro otrzymując książki za darmo i dostając dofinansowanie pokrywające koszty ich wydania, mogą je także sprzedawać po cenach rynkowych. Zazwyczaj jednak pieniądze publiczne w zupełności takim firmom wystarczą, dlatego też w należyty sposób nie są promowane nawet te pozycje, które rzeczywiście cieszą się popularnością (do dziś nie doczekaliśmy się przecież dodruku publikacji Anny Gemry Od gotycyzmu do horroru).

Nie o perspektywę wydawnictwa tu jednak chodzi, ale o perspektywę odbiorcy. Czytelnika, który do jednej książki naukowej dopłaca w chwili obecnej trzykrotnie. Po pierwsze, teksty te powstają w ramach obowiązków, jakie nakłada się na naukowców (w większości wypadków zatrudnionych przez państwowe uczelnie) w ramach ich pracy. Po drugie, publiczne instytucje dofinansowują druk owych pozycji. Po trzecie wreszcie, jeśli podatnik chce daną publikację przeczytać, to i tak musi za nią zapłacić niemałą kwotę w sklepie. Co więcej, małe nakłady i brak zainteresowania wydawnictw sprzedażą swoich książek sprawia, że nie znajdzie ich w większości księgarń (o bibliotekach publicznych nie wspominając), a jedynie w dwóch czy trzech specjalistycznych, funkcjonujących przecież wyłącznie w dużych miastach.

W ten sposób zamyka się drogę do popularyzacji osiągnięć naukowych, które nie są udostępniane społeczeństwu, łożącemu przecież na nie pieniądze. A wszystko to w dobie powszechnego dostępu do Internetu, gdzie wydawałoby się, ucieleśnienie ideałów otwartej nauki nie powinno sprawiać problemów. Publikacje elektroniczne dostępne za darmo bądź za niewielką opłatą rozwiązałyby przecież większość problemów, z jakimi teraz boryka się ktokolwiek, kto próbuje uzyskać dostęp do opracowań naukowych. Należy tu podkreślić wyraźnie słowa „niewielką opłatą”, gdyż niektóre wydawnictwa wydają się nie rozumieć, że zaletą e-booka jest m.in. jego niski koszt. Przywoływany już kilkukrotnie WUWr uruchomił jakiś czas temu sprzedaż w formie PDF-a pozycji Podstawy materialnego i procesowego prawa o wykroczeniach za 45 złotych. Albo nikt w tej instytucji nie jest w stanie pojąć idei książki elektronicznej, albo wszyscy uznali, iż nazwisko rektora Marka Bojarskiego na okładce uczyni bestsellerem każdy tytuł. W obu przypadkach jest to jednak symptom utraty kontaktu z rzeczywistością.

Tymczasem udostępnianie publikacji za darmo lub za rzeczywiście niewielką opłatą rozwiązuje wiele problemów. Znika zarówno kwestia wysokiej ceny, jak i niewielkiej dostępności materiałów. Wreszcie w łatwy i przystępny sposób teksty te może przeczytać każdy: od maturzysty przygotowującego prezentację na egzamin przez studenta aż po dowolnego naukowca, który tylko posiada dostęp do Internetu. I w ten sposób środki publiczne służyłyby naprawdę społeczeństwu, a nie prywatnym wydawnictwom.

Nie do pominięcia jest również sprawa wygody w użytkowaniu, którą oferuje e-book. Szczególnie publikacje naukowe mogą tu wiele zyskać, dzięki możliwości zautomatyzowanego przeszukiwania całego dokumentu czy hiperłączom, odsyłającym zarówno do fragmentów wewnątrz publikacji, jak i do innych dokumentów zamieszczonych w Internecie.

Przykład idzie z USA i krajów Europy zachodniej, gdzie taki model postuluje się już od jakiegoś czasu, ale i w Polsce coraz głośniej mówi się o potrzebie otwartej nauki. Niektórzy wcielają te propozycje w życie, osiągając przy tym bardzo dobre rezultaty. Komunikolog Emanuel Kulczycki swoją pracę Teoretyzowanie komunikacji od razu po publikacji zaczął rozpowszechniać nieodpłatnie w Sieci. W przeciągu miesiąca tekst pobrano ponad 1,5 tys. razy . Biorąc pod uwagę, że przeciętnie tego typu książka miałaby nakład 300–500 egzemplarzy, liczba ta robi wrażenie. Drugim przykładem jest czasopismo ludologiczne „Homo Ludens”, również udostępniane nieodpłatnie w Internecie. Przez rok po zamieszczeniu w ten sposób pierwszego numeru artykuły wchodzące w jego skład pobrano ponad 14 tys. razy w Polsce oraz 2 tys. razy za granicą . Tymczasem ostatni numer wydawanego przez WUWr periodyku „Literatura i Kultura Popularna”, który przecież zajmuje się przynajmniej po części podobną tematyką, ma nakład w wysokości zaledwie 200 egzemplarzy. Liczby mówią tu same za siebie.

W dyskusjach nad tym, jaka ma być współczesna humanistyka (i nauka w ogóle) i czemu ma służyć, często podnosi się argument, że to ona wpływa na to, jakie jest i będzie społeczeństwo. Należy jednak postawić pytanie, czy przy takim modelu upowszechniania badań i osiągnięć naukowych ten wpływ jest rzeczywisty, czy tylko pozorny. Hasła o kluczowej roli uczelni wyższych w życiu społecznym ładnie brzmią w ustach naukowców, ale w dużej mierze okazać się mogą zwykłą fikcją, mirażem czy pobożnym życzeniem. W takim wypadku nie można się dziwić, że powszechna jest opinia o rzekomej nieużyteczności nauk humanistycznych, skoro sama humanistyka odcięła się od każdego spoza wąskiego kręgu specjalistów. Jeśli nic się w tej materii nie zmieni, to idealnym symbolem rodzimej nauki zostanie „Pamiętnik Literacki”, pismo literaturoznawcze o ogromnej tradycji i zasługach, które dziś nie posiada nawet własnej strony www.

Write a Comment

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przeczytaj poprzedni wpis:
„Szepczący w ciemności” i inne adaptacje Lovecrafta

Jeśli ktoś obejrzał najnowszą produkcję filmową Howard Philips Lovecraft Historical Society, czyli Szpeczącego w ciemności w reżyserii Seana Branneya, mógł poczuć się...

Zamknij
 

Essentials